Dzień jak co dzień do momentu wyprawy do Pabianic, gdzie w drodze powrotnej rower odmówił współpracy coś zatarło w suporcie albo tylnej piaście...do ikei prędkość średnia 10-12 km/h... pedałami kręciło się jakbym jechał pod stromą górke. a później spacer do Jana Pawła gdzie miałem się spotkać z transportem do domu... masakra
Spoglądam rano przez okno i widzę śnieg....pierwsza myśl #@$!$@@!# a druga że będzie wesoło :) Pierwszy kurs z paczką 10 kg. Przy ostatnim bliskie spotkanie 3 stopnia z Oplem Omegą (na szczęście obaj wolno jechaliśmy i nic się nikomu nie stało)
Cały dzień jakieś przygody z kierowcami...i w końcu doszedłem do wniosku, że niektórzy ludzie nie mają wyobraźni. Hitem był kierowca taksówki który zablokował wjazd na budowę na Pomorskiej...sam chyba skoczył do sklepu... Ostatni kurs w okolice Mileszek, ale i tak miło się jeździło
Powrót do pracy. Jeździło się przyjemnie mimo porannej mgły. Pierwszy kurs na Św.Teresy/Szczecińska, później spokojniej po centrum, raz dalej na południe.
Nadal bez licznika.... Zimno...wiatr...a później śnieg... Najciekawszym kursem była wycieczka do Zgierza z 15 kg na plecach...będąc przy pojezierskiej dostałem tel że musze wrócić bo klient zapomniał o jednym pudełku...podjechał wtedy do firmy zważyć paczke i tak sie złozyło że kolega jechał bardzo po drodze z innym kursem samochodem :)
Odległość mocno przyblizona ponieważ na 40 km straciłem kabel przy liczniku (sprawa podejżana bo wyglądało to na przecięcie na postoju) jazdy było dużo i wszędzie chociaż wiatr wszystko mocno utrudniał.
Rano na uczelnie, później do pracy, gdzie na poczatek krótki ekspres a później wycieczka do Nowosolnej( gdyby nie wiatr to jechałoby sie chyba nawet przyjemnie) później prwrót na uczelnie. I na koniec zapalić znicz przy Duchu roweru.
Prędkość max zaniżona bo powyżej tej prędkości licznik przestał działać :)